Środa

Polecany

Unikam odpowiedzi na pytanie, kiedy umrę. Co jakiś czas zdarza się ktoś, kto koniecznie chce to wiedzieć. Karty nigdy nie udzielają takich odpowiedzi, a nawet gdyby udzielały, to i tak odpowiedziałabym jak zwykle: wtedy, gdy przyjdzie pora.

Zdarzają się klienci, których nie lubię. Wciąż pytają o to samo, jakby ich przyszłość była zaprogramowana i dzięki mnie i moim kartom mogli sobie za niecałe 5 złotych za minutę „podpatrzeć”, co będzie dalej. No i cóż. Nie pojawiam się na wizji, ale przyklejam uśmiech do twarzy wzorem prezenterek telewizyjnych i jak katarynka powtarzam te same komunikaty. Dlaczego niektórzy nie potrafią zrozumieć, że przyszłość leży w ich własnych rękach, a karty przekazują informacje na temat ich samych, innych ludzi oraz prognozują, co się wydarzy, bazując na bieżących zamiarach, potrzebach, myślach. Skoro sam Bóg zrezygnował z  mocy władania nad człowiekiem, to karty lub wróżbici mogliby taką moc posiąść?

Wtorek

Polecany

Usłyszałam dziś przez telefon zabawną historię. Rzecz dzieje się w autobusie. Autobus, jak autobus nic nadzwyczajnego, późne, październikowe popołudnie. Na siedzeniu w pobliżu kasownika śpi mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany przeciętnie, spodnie, kurtka. Pasażerowie nie interesują się sobą, autobus jedzie. Na kolejnym przystanku wsiada młoda dziewczyna, w ręku trzyma bilet, który przepuszcza przez kasownik. Manewry przy kasowniku utrudnia jej koronkowa, czarna rękawiczka. Dziewczyna zdejmuje więc rękawiczkę, w tej samej chwili autobus podskakuje na wybojach. Dziewczyna traci równowagę, gdy znów opiera się o kasownik stwierdza, że upuściła rękawiczkę. Okazuje się, ze ta spadła na uda śpiącego na siedzeniu mężczyzny. Sytuacja jest niezręczna. Mężczyzna śpi, rękawiczka leży w miejscu dość newralgicznym, w dodatku pan ma rozpięty rozporek. Dziewczyna patrzy bezradnie na czarny zwitek. Obserwuje to pasażer siedzący obok śpiocha. Chcąc pomoc dziewczynie, trąca sąsiada, a gdy ten otwiera oczy, mówi krótko: rozporek. Obudzony zerka w dół, po czym bezrefleksyjnie wpycha rękawiczkę w spodnie i zasuwa rozporek. Następnie zasnął. Historia iście hollywoodzka, ale bardziej zaskoczyło mnie pytanie klientki, a mianowicie, czy ten mężczyzna rozwiedzie się, ponieważ żona zarzuci mu zdradę?

No cóż, sama byłam ciekawa. Karty odpowiedziały, ze żona owszem zrobi mu awanturę, ale nie to będzie puentą tej historii. Ów mężczyzna, pracoholik i wół roboczy, pracujący na kilku etatach, by zaspokoić potrzeby swojej roszczeniowej rodziny (na własne nie ma czasu), zacznie rozmyślać, jak to możliwe, że miał przygodę, o której nie pamięta. Jak to w ogóle jest możliwe, że miał przygodę? Zacznie rozmyśleć, jak mogła wyglądać owa przygoda? Czy była brunetką czy blondynką? To rozmyślanie zmieni jego podejście do życia, a pora najwyższa, bo przy takim trybie groził mu zawał.

Sobota

Polecany

No i było zaskakujące wydarzenie! Te moje karty mają poczucie humoru, nie ma co! Wybrałyśmy się razem, Roksana i ja. Założyłam sukienkę i szpilki, w końcu bal to bal. Roksana również. No i byłyśmy jedynymi kobietami w szpilkach, kilka sukienek się trafiło. Konwencja „balu” polegała na przymusowym odbyciu kilkudziesięciu dwuminutowych rund pytań i odpowiedzi z partnerami, którzy zmieniali się, jak w kalejdoskopie. Panów przyszło znacznie więcej niż pań, stąd te dwie minuty. Podobno zwykle jest odwrotnie. Posadzili nas na kanapach typu czarna dziura, w którą człowiek wpada, sam nie wie kiedy, potem trudno się stamtąd wydostać, broda dotyka do piersi, można obserwować własne kolana, koszmar. Zawsze siadam na brzeżku takiej kanapy i mam wrażenie, że wygląda to tak, jakbym siedziała na sedesie.

Każdy trzymał w ręku ankietę wielkości namiotu, z setką pytań i rubryk, w które należało wpisywać komentarz na temat kolejnych adwersarzy. Jak to zrobić w dwie minuty, wliczając w to rozmowę, nie powiedziano nam. Szybko zignorowałam ankietę, co spotkało się z ostrą reprymendą ze strony organizatorów. Ratowało mnie chyba tylko to, że jestem kobietą i to kobietą w sukience.

Kolejni mężczyźni, z którymi rozmawiałam, jakże różni pod względem wyglądu, wieku, wykształcenia i zainteresowań, prezentowali jedną wspólną cechę: brak pewności siebie. Urodziła się we mnie refleksja: czy ja też tak jestem odbierana? Jako mało pewna siebie? Czy też chcę ukryć zakłopotanie pod pozorem rozluźnienia, żartów, hałaśliwej wesołości?

Zirytowało mnie, gdy minęły dwie minuty, a ja chciałam kontynuować rozmowę z pewnym chłopakiem. Był dużo młodszy ode mnie, ale odnalazłam w nim coś intrygującego, mądrego. -  Siedź, jeszcze nie skończyliśmy rozmowy! Niech inni się przesiadają!- powiedziałam głośno. On się zawahał, ale spodobała mu się moja stanowczość. Niestety ta niesubordynacja kosztowała mnie upomnieniem, że jeśli jeszcze raz naruszę zasady….

Potem była część taneczna. Na moje nieszczęście ja umiem tańczyć, większość z obecnych panów nie umiała. Najpierw podpierali ściany, jak w podstawówce, co mnie od razu odmłodziło, a potem nieznośnie deptali po palcach. Za karę nie mogłam tańczyć z tym chłopakiem od rozmów. Organizator złośliwie chyba sparował mnie najpierw w dwumetrowym koszykarzem, któremu sięgałam do pachy, potem z dwustukilowym sześcianem, który zmiażdżył mi palce u nóg, wreszcie z jakimś strasznie nerwowym typem, który ciskał mną na wszystkie strony, prawie wyłamując mi ręce ze stawów. Moja koleżanka, która grzecznie rozmawiała w przepisowym czasie, „dostała” miłego pana w zbliżonym wieku, który spokojnie sunął po parkiecie.

Uwieńczeniem wieczoru był taniec z pewnym brunetem w fioletowej koszuli, który – o zgrozo!- rozpoznał we mnie wróżkę. Okazało się, że telefonował kilka razy. Że też ja na tym profilowym zdjęciu nie doczepiłam sobie wąsów i brody!
Fioletowy amant uznał od razu, że ów bal dla singli to doskonała okazja do bardziej wnikliwego wróżenia i zaczął zadawać mi pytania. Był tak zaaferowany, że poznał mnie osobiście, że nawet nie zauważył. że nie ma przy sobie kart, a nawet gdybym miała, to jakim cudem mogłabym jednocześnie tańczyć i je rozkładać. Muzyka głośno grała, on jeszcze głośniej wrzeszczał, po chwili ustawiła się już kolejka chętnych do wróżenia. Z butów chyba! No i wyrzucili mnie na zbity pysk z balu dla singli!

Fragment książki „Wróżka mimo woli”

Narada wojenna odbyła się na zapleczu zakładu pogrzebowego. Nie ulegało wątpliwości, że sprzedawczyni mówiła o właścicielu zagubionej suczki, która z taką czułością pilnowała buta swojego zmarłego pana. Pan Pawełek dramatycznym szeptem poinformował nas, że nieboszczyk posiadał tylko siostrę, która na stałe mieszka w Bydgoszczy i chciałaby jak najszybciej załatwić formalności pogrzebowe. Sekcja zwłok miała wykazać zawał serca, co siostry nie zdziwiło, bo podobno jej brat prowadził bardzo niespokojny tryb życia. Przejawem tego niepokoju miał być fakt, że zakupił niedawno psa, choć przez całe życie żywił nieskrywaną niechęć do zwierząt. Pies zaginął, prawdopodobnie uciekł i siostra nie zamierza się nim przejmować. Fakt, że zginął również jeden but też nie miał dla niej żadnego znaczenia. Widocznie pielęgniarze strącili, gdy ładowali brata do karetki.
Siostra chce szybko pochować brata, wszystko jedno gdzie, bo na pogrzebie pewnie nie będzie, bo musi wracać do Bydgoszczy, godzi się nawet na kremację. Prowadzi salon fryzjerski i ma poumawiane klientki. Płaci gotówką i chce mieć problem z głowy. Czyli mamy bezpańskiego nieboszczyka!
Pan Pawełek referował wszystko w taki sposób, że atmosfera zrobiła się co najmniej jak z horroru. Obecni, czyli mój ojciec, pani Danusia, pan Pawełek, Jurek i ja odczuliśmy, że na skórze pojawiła się nam gęsia skórka.
- No i co z tego? – wymamrotał ojciec. – Co nas obchodzi ta siostra i jej but? To jest, chciałem powiedzieć, i jej brat? Pochowamy go i z głowy!
- No właśnie! – podchwycił pan Pawełek nieco głośniej i wszyscy odruchowo uciszyli go gestem, jakby spiskowanie w zakładzie pogrzebowym, na zapleczu było surowo zabronione. – Mamy zwłoki!
- Chcecie wcisnąć tego faceta rodzinie profesora? – upewnił się Jurek. – Myślicie, że się nie zorientują? Nie było ciała i nagle jest? Trochę czasu już upłynęło…
- A co mamy zrobić, skoro się tak uparli? – wzruszyła ramionami pani Danusia. – Jak taki dziki osioł na pastwisku. Zaprze się i rób, co chcesz.
- Można spróbować – zaczęłam ostrożnie. – Może nie będą się upierać przy oglądaniu zwłok. Zobaczą trumnę, w trumnie ciało, pochowa się je z szykanami i z głowy. Poza tym powiemy im, że przy takim upale, to ciało nie wygląda ładnie i nie ma na co patrzeć.
- A co będzie, jeśli zajrzą? – zaniepokoiła się pani Danusia. – Nie możemy tego wykluczyć, skoro są tak zawzięci! Osioł na pastwisku by zajrzał!
- Zrobimy mu charakteryzację – zadecydował pan Pawełek. – Założymy na łeb perukę, doczepi się siwe brwi i brodę, narysuje kilka zmarszczek i z głowy.
- Szkoda, że nie wiemy, jak ten profesor wyglądał – wyraziłam .niezadwolenie.

- Postaram się znaleźć gdzieś jego podobiznę, żeby zwłoki były do niego podobne.
- Pośpiesz się, bo jutro trzeba go pochować – ostrzegł mnie pan Pawełek. – Najpóźniej do południa musi być gotów. Rano zawiadomimy rodzinę, lepiej, żeby nie mieli zbyt wiele czasu na niepotrzebne pretensje. W końcu w taką pogodę trzeba szybko chować zwłoki!
Kiwnęłam głową na zgodę i na tym narada produkcyjna została zakończona. Pod osłoną zmierzchu rozeszliśmy się do domów, tylko pan Pawełek pozostał w prosektorium.

Już w styczniu!

Z pamietnika zajetej wrozki3D 300dpi

Dla Emilii i jej przyjaciół rozpoczyna się nowy okres w życiu. Wymarzony partner u boku, dobrze zapowiadająca się kariera w telewizji w charakterze wróżki a także poprawne relacje z ojcem sprawiają, że tytułowa bohaterka promienieje szczęściem. Jej sąsiadka i przyjaciółka zarazem, Roksana także odnajduje swoją bratnią duszę w osobie tajemniczego Kazimierza, a pan Przemek zakocha się  w nowopoznanej Hortensji. Strzała Amora nie ominie również ojca głównej bohaterki, który bardzo zaprzyjażni się z właścicielką zakładu pogrzebowego „Zacisze”. Sielanka jednak nie potrwa długo. Okaże się, że każdy coś ukrywa a rzeczywistość nie jest taka, jak ją malują.

 

Dalsze losy bohaterów książki „Z pamiętnika samotnej wróżki” w lekkim, komediowo-sensacyjnym ujęciu.

 

Polecam!

 

Opowieści z Rajskiej Krainy cz. 3

Nie orientuje się pan, czy można gdzieś tu nabyć jakąś odzież? – zapytała szeptem pani w szlafroku i lokówkach na głowie pana w garniturze, który stał obok niej. Ta para, podobnie, jak wielu innych nowych lokatorów Rajskiej Krainy, czekała w kolejce do rejestracji. Piotr uwijał się, jak w ukropie, żeby wszystkich szybko i sprawnie ulokować na odpowiednich chmurach, jednakże ogrom pracy związanej z obsługą nowoprzybyłych, przerastał nawet jego możliwości. Poprosił więc o pomoc kilku innych świętych, a wśród nich świętą Ritę od spraw beznadziejnych i świętego Antoniego.
- Nie mam zielonego pojęcia – odszepnął pan w garniturze. – Zastanawiam się, co to za miejsce. Dziwnie tu jakoś. Wszyscy są tacy przezroczyści i tak nienaturalnie uśmiechnięci, zauważyła pani?
Istotnie, co i raz przemykała obok nich rozradowana postać w powóczystej, jasnej szacie.
- Ale jak ja mam tu paradować w tym szlafroku?! – zdenerwowała się pani w lokówkach. – Przecież to można było jakoś uprzedzić, powiadomić, żeby człowiek się przygotował, ubrał porządnie chociaż!
- Niech pani nie narzeka! – wtrącił się korpulętny pan w okularach. – Pani popatrzy na tego rudego. Ten to dopiero ma zmartwienie!
Na te słowa połowa osób z kolejki odwróciła głowę we wskazanym kierunku. Ich wzrok padł na wysokiego, chudego mężczyznę, którego ciało pokrywał wyłącznie rudy zarost. Gdzie niegdzie widniały resztki zaschniętej, białej piany. Biedak bezradnie siłował zakryć to i owo rękami, ale na niewiele się to zdało.
- Z wanny biedaka wyciągnęli… – westchnęła starszka, która stała niedaleko. – Święta Panienko, co z nami będzie, jak to taka niespodziewana łapanka!
- Proszę państwa, proszę się przesuwać, raźniej, śmielej, pogodniej! – komenderował tymczasem Piotr. – Panie na prawo, do Rity, panowie na lewo do Antoniego a pozostali do mnie! Szybko, szybko!
Kolejka dreptała we skazanym kierunku. Pani w lokówkach rozejrzała się niepewnie i znów pochyliła w stronę pana w garniturze.
- Proszę pana, czy pan będzie tu stał? Bo ja wyskoczę na chwileczkę, zobaczę, może za tymi drzewami coś jest, jakiś butik albo co…
- Dobrze, ale nie za długo, bo tu szybko idzie – zgodził się pan w garnitrze. Pani w szlafroku potruchtała więc w kierunku ogrodu, a kolejka znów postąpiła kilka kroków naprzód.
Rejestracja przebiegała sprawnie. Święta Rita, z uśmiechem wręczała kobietom białą różę, która w chwilę później zamieniała się w przepiękną, powiewną suknię. Kobiety pozornie tylko wyglądały później tak samo. Jedne suknie mieniły się delikatnym błękitem, inne opalizowały, w jeszcze innych przebijał stonowany róż. Uszczęśliwione panie wybierały sobie następnie jedną z chmur, zakotwiczonych niedaleko i odpływały na bezkresny ocean nieba.
Panowie z kolei otrzymywali złote medaliki, które przeistaczały się w delikatną, złotą zbroję. Oni także wybierali chmury i odpływali na niebo.
Osoby, które rejestrował Piotr otrzymywały miedzianą monetę, dzięki której, w zależności od strony, mogli przybrać kobiecą lub męską postać, ubraną w pomarańczową suknię lub miedzianą zbroję. Oni także otrzymywali własną chmurę.
- No i gdzie ta baba polazła! – denerwował się pan w garniturze widząc, że kolejka przed nim topnieje z każdą chwilą. – Potem przyjdzie i nie znajdzie swojego miejsca!
- Co się pan przejmujesz! – wzruszył ramionami stojący za nim pan w piżamie. – Za babą nie trafisz, szkoda zdrowia. Najwyżej wybiorą jej co lepsze kiecki i będzie płacz i zgrzytanie zębów!
- Ależ ona właśnie pobiegła szukać ubrania!
- To tym bardziej – przytaknął pan w piżamie. – Baba to nieudany model człowieka, panie. Wiem, co mówię, byłem trzykrotnie żonaty…
- Kochani, zapraszam – usłyszeli łagodny głos świętego Antoniego. – Kto następny?
- Teraz chyba ja – powiedział niepewnie pan w garniturze. – Ale taka jedna pani, która stała przede mną zajęła kolejkę i nie ma jej. Pobiegła na chwilę w krzaki.
- A po co? – nie zmienił tonu Antoni. – Przecież tutaj nie ma potrzeby biegać w krzaki.
- Panie, baba to poleci, nawet jakby nie było krzaków! – znów wtrącił się pan w piżamie. – Nic nie będzie, a ona poleci!
- Zapraszam – uśmiechnął się święty. – Proszę wziąć medalik i wybrać sobie chmurę. Następny!
Pan w garniturze z wahaniem wziął do ręki złoty medalik i natychmiast przestał być panem w garniturze. Rozejrzał się niespokojnie, ale pani w szlafroku i lokówkach wciąż nie było. Machnął więc ręką i wsiadł na podstawioną chmurę. Poczuł, jak szybko, ale łagodnie unosi się ona w powietrze, a potem równie gładko opada na niebie i sunie po nim, jak po niewidzialnych szynach. Chmura była niewielkich rozmiarów, ale niepojętym sposobem rozciągała się, ilekroć usiłował gdzieś dosięgnąć. Mógł się spokojnie położyć, siedzieć, stać a nawet przechadzać po niej. Po chwili zapadł się w puchową otchłań i zasnął, nie zdając sobie sprawy, że w miejscu, w którym się znajduje sen nie istnieje, a pani w szlafroku i w lokówkach właśnie się odnalazła…

Spotkanie z autorką książki „Z pamiętnika samotnej wróżki”

Spotkanie z
Ewą Zdunek
autorką powieści „Z pamiętnika samotnej wróżki”
23 maja 2016 r. o g. 18.00
BIBLIOTEKA PUBLICZNA Dzielnicy Śródmieście
Wypożyczalnia dla dorosłych i młodzieży nr 97
Ul. Czerniakowska 178a
Wstęp wolny

Autorka będzie podpisywać swoją książkę podczas
Warszawskich Targów Książki, PGE Narodowy
w dniu 21 maja 2016 r. w godzinach od 16.30- 17.20 (stoisko Firmy Księgarskiej Olesiejuk – sektor D, stoisko 65)

Kolejny fragment…

Tamtego dnia nie mogła znaleźć sobie miejsca. Snuła się z kąta w kąt. Zdawała sobie doskonale sprawę, że wszyscy już wiedzą, wszyscy już plotkują. Czuła na sobie te świdrujące spojrzenia, pełne złośliwości, ironii, szyderstwa. Wmawiała sobie, ze nic ją to nie obchodzi. – Przecież obiecał, że zadzwoni. – powtarzała sobie w myślach, ale ta jedna, natrętna, że to mrzonka, żeby dała sobie wreszcie z nim spokój,  nieustannie wracała i dręczyła ją. Z każdą minutą bardziej.

Usiadła przy komputerze i zaczęła wprowadzać dane. Słupki liczby, które później miały ułożyć się w kolorowe wykresy. Powinna to zestawienie oddać szefowi już w zeszłym tygodniu, ale nie zdążyła nic zrobić. Od tego piątku,  gdy ostatni raz  czuła jego ciepły, przesiąknięty nikotyną oddech na swojej szyi, gdy wyszeptał jej do ucha, że odezwie się, gdy pocałował ją namiętnie w usta, od tego czasu czekała, beznadziejnie czekała. Nie zdolna do jakiejkolwiek pracy. Popatrzyła na cyferki na ekranie.  – Powinnam pomalować paznokcie, umówię się na dziś albo na jutro. – Pomyślała. – Może przy okazji pójdę do fryzjera. On przecież nie chciałby oglądać mnie w takiej byle jakiej fryzurze.

Na chwilę nastrój się jej poprawił i znowu zaczęła energicznie wstukiwać cyferki do komputera. – Ta fioletowa sukienka chyba jeszcze wisi na wystawie. Ile ja mam na koncie? – system wyłapał błąd i na ekranie zamigotało na czerwono. Popatrzyła beznamiętnie w szeregi i rządki cyferek.  Nie zgadzało się w piątek kolumnie. Poprawiła pomyłkę i odchyliła się na oparcie krzesła.

– Co mnie to wszystko obchodzi. Po co ja to robię? – zmarszczyła brwi przyglądając się swoim dwóm koleżankom i koledze, którzy w tym samym pokoju w skupieniu pracowali. Od zawsze czuła się lepsza od nich, bardziej błyskotliwa, szybka w liczeniu, spostrzegawcza i bardzo inteligentna. Ukończyła studia z wyróżnieniem, znała biegle dwa języki obce, odbyła półroczny staż w zagranicznej korporacji, dzięki diecie i ćwiczeniom wyglądała jak milion dolarów, długie, gęste, rude włosy przy mlecznej cerze i zielonych oczach sprawiały, że żaden mężczyzna nie mógł przejść obok niej obojętnie. Znała swoją wartość.

Recenzja

WRÓZIA NASZA KOCHANA

 

Ta książka Wam się spodoba, Moje Miłe Panie. Serwujecie po Internecie i rozumiecie dobrze, że to ocean, w którym pluskają złote rybki i zębiaste rekiny. Trudno przewidzieć na co się trafi. Ale bez Internetu nie ma życia. Wszystko się tam przenosi. Nawet wróżki. I właśnie internetowa wróżka jest bohaterką książki Ewy Zdunek. Wbrew swoim bliskim wybiera zajęcie nowoczesnej jasnowidzki, która pełni w dużym stopniu rolę psychoterapeutki. Nie ruszając się sprzed ekranu „ spotyka „ najdziwniejsze przypadki. Chce pomóc. Nie zawsze może. Ale opisuje – pamiętajmy, że to literatura, nie reportaż – stworzenia, które jak w wielkim oceanarium, przepływają dzień i noc przed jej oczami. Zostaje wciągnięta w ich świat i my – czytelniczki – razem z nią.

Wróżka serio powinna być tajemnicza, odległa i władająca nieziemskimi mocami. Nasza Wróżka, to raczej przemiła Wrózia, z którą chciałoby się zaprzyjaźnić, po babsku pogadać, podzielić doświadczeniami i czasem ostrzec – nie idź tędy. Której kibicujemy w jej, jakże poważnych poszukiwaniach. Czego poszukuje Wrózia?  Oczywiście, miłości I wcale nie idzie jej łatwo. A jakie okazy spotyka po drodze…., bo jak na XXI wiek przystało, szuka miłości przez Internet.

Same przeczytajcie, czy spotka tego jedynego i kim on będzie. Po drodze często się uśmiechniecie, zdziwicie, czasem zadumacie, albo rozmarzycie. Zapamiętajcie też nazwisko autorki – Ewa Zdunek, bo dla Waszej i mojej przyjemności pisze już kolejną książkę.

Dyżur mediatora cz. 1

Sprawa państwa X trafiła do mnie za pośrednictwem pani sekretarki wydziału cywilnego. To zdaje się był piątek. Ciepło, czerwiec, szykowałam się do wyjazdu na weekend, ale czekał mnie jeszcze dwugodzinny dyżur w sądzie. Pojechałam, weszłam do budynku sądu i rozejrzałam się. Byłam tu pierwszy raz w życiu. Długi korytarz ciągnął się, wypełniony po obu stronach drzwiami do sal rozpraw, pokojów sędziów, sekretariatów wydziałów i innych pomieszczeń. Mnie wskazano pokój nr 32 jako miejsce do pełnienia dyżuru. Spojrzałam na najbliższe drzwi: toaleta dla interesantów, w dodatku płci żeńskiej, następne: sekretariat wydziału cywilnego, pokój nr 84. Jak to? Pierwsze drzwi od wejścia i już 84? A może ja weszłam korzystając z wyjścia? Na wszelki wypadek popatrzyłam w przeciwną stronę. Na drzwiach położonych na przeciwległej stronie korytarza widniał nr 1. No to wszystko jasne, numeracja biegnie od lewej strony wzdłuż korytarza i potem prawą stroną. Zatem pokój z numerem 34 położony jest zapewne tam, gdzie kończy się korytarz. Pomaszerowałam dziarsko przed siebie, mijając po drodze ludzi przechadzających się nerwowo, z rękoma założonymi do tyłu, adwokatów i radców prawnych w swoich togach, urzędniczki zasłonięte tomami akt. Dotarłam do końca korytarza i przez chwilę zastanawiałam się, czy umiem liczyć. Na drzwiach znajdujących się po lewej stronie widniał numer 8, a na drzwiach przeciwległych numer 11. Nie rozumiałam, co widzę. Zawróciłam. Z głową odwróconą w jedną stronę, czytałam  półgłosem: 22, 23, 25, 9, 12… W ten sposób dotarłam do wyjścia, które stanowiło zarazem wejście. Odwróciłam się i dokonałam przeglądu numeracji pomieszczeń po przeciwległej stronie korytarza. Nic się nie zgadzało. Kiedy numer 14 pojawił się zaraz po 31, zatrzymałam się bezradnie. Upragnione 32 powinno przecież znajdować się na sąsiednich drzwiach, a tymczasem wpatrywałam się w znajomy trójkącik.

Mężczyźni, którzy wychodzili z pomieszczenia przyglądali mi się dziwnie i czym prędzej oddalali się w milczeniu. Jeden w końcu zareagował. Może dlatego, że w tej samej chwili, gdy otworzył drzwi, ja powiedziałam na głos: – Nie chcę siedzieć w wychodku!

- Niech się pani tak nie denerwuje – powiedział bardzo łagodnym tonem. – Zawsze może się pani odwołać od wyroku. Na sądach życie się nie kończy!

Trafiłam w końcu do pokoju nr 32, który znajdował się na piętrze budynku, tuż za wielką szafą i jeszcze większą kratą. Maleńki korytarzyk, który tam prowadził, został opatrzony ogromnym napisem: „Do prezesa sądu”, dzięki czemu przez dwie godziny mojego dyżuru pies z kulawą nogą tu nie zajrzał. Postanowiłam sobie  w duchu, że następnym razem wezmę ze sobą opasłą lekturę, na przykład „Wojnę i pokój”, akurat wystarczy i udałam się do portierni, żeby oddać kluczyk. Od tej pory miałam pobierać kluczyk u portiera i po skończonym dyżurze z powrotem go odnosić. Tak też zrobiłam. I tam dopadła mnie wreszcie sekretarka wydziału trzeciego, rodzinnego, która z wypiekami na twarzy wysapała: – Po całym sądzie biegam i szukam pani! Gdzie się pani podziała? Mam sprawę dla pani, do mediacji. Tu są akta!

Kolejny wpis

Czy pisałam już, że styczeń to beznadziejny czas dla wróżek? Niewiele wowczas zarabiają, bo wróżby noworoczne  albo jeszcze się nie spełniły albo juz się nie spełniają.

Wróżki gonią w pietkę, trwając w nadzieii, że nieszczęśliwie zakochani odezwą się przed Walentynkami, a potem to aby do wiosny, bo wiadomo…wiosna,

Zatem teraz popiszę trochę o zwierzętach, żeby mi palce nie zardzewiały!